Za poezją Nadii Comaneci kryły się dramaty i cierpienie. Oto prawdziwa historia legendy gimnastyki
Podczas ostatniej wizyty w Rumunii postanowiłem odkryć skrawek twórczości dawnej gwiazdy. Ta dziewczyna, a dziś już ponad 60-letnia kobieta, stała się świetnym przykładem, jak wyczynowy sport różnił się kiedyś od tego, którym emocjonujemy się dzisiaj. Widać to nie tylko na pamiętnej okładce tygodnika "Time", jednym z ciekawszych eksponatów bukaresztańskiego Muzeul Sportului, gdzie zebrano najważniejsze wspomnienia z całej sportowej historii kraju – te zapisane na papierze, obrazach czy w mediach, ale również rekwizyty służące medalistom w ich podróży na szczyt: kajaki, broń czy rowery.
Nadia w swej pracy takiego sprzętu nie używała i nie potrzebowała, bo wszystko od A do Z było wyłącznie jej pomysłem, kreacją i zasługą. Gości muzeum wita więc w najlepszy możliwy sposób – prostym, fantastycznym zdjęciem wykonanym w Kanadzie, oddającym całą jej smukłą, gotową do walki o ideał sylwetkę. Przekazującym harmonię, siłę, grację, balans, ekspresję, elastyczność, wrażliwość, klasę i piękno. Tytuł, który graficy wyrysowali wtedy dość skromnie, mówił właściwie wszystko: "SHE’S PERFECT".
Ale ta okładka zza oceanu to tylko jedna strona medalu – ta bajkowa, oferowana kibicom, którzy bożyszcze podziwiali wówczas w telewizji. Za "poezją" kryły się jednak stopniowo odsłaniane dramaty, cierpienia i sprawy, które teraz natychmiast prowadziłyby na policję, do prokuratury, a za moment na sto procent za kraty. Głodzenie młodych zawodniczek dążących za wszelką cenę do wyniku, drakońska kontrola, czy aby do gardła nie dostał się choćby jeden zbędny łyk wody, przemoc fizyczna wobec nieletnich, a równolegle nieustanna i chyba jeszcze gorsza od niej presja psychiczna. Kwestie związane z dojrzewaniem rozwiązywane metodami uznawanymi dziś za niedopuszczalne. Potem doszła jeszcze agresja syna Ceausescu, Nicu, który z utytułowanej już mistrzyni zrobił swoją niewolnicę seksualną. Na krótko przed upadkiem systemu i dyktatora Comaneci uciekła więc z Rumunii do Stanów.
Nawet Simone Biles nie jest w stanie przysłonić tamtych pokazów
W latach 70. jej figury, salta i rozliczne kombinacje tak naprawdę zamieniły sport w sztukę. Nikt – nawet ekstremalnie dynamiczna Simone Biles – nie jest w stanie współcześnie przysłonić tamtych niezwykłych doświadczeń. To dziecko było niczym primabalerina i jednocześnie niczym piórko. Wydawało się, że wznosiło się, opadało i obracało wbrew wszystkim możliwym regułom. Oczywiście, inne były wtedy metody treningu i dochodzenia do gimnastycznego nieba. Obecnie wszystko bardziej się maskulinizuje, a dyscyplina pod wieloma względami zasadniczo się zmieniła. To wszystko prawda, niemniej urok Nadii i jej nieskazitelnych występów nie osłabł i wciąż żyje. W Onesti usłyszałem od starszych pań, że "każda z nas choćby w pięciu procentach chciała być wówczas jak ona".
Simon Biles, Nadia Comaneci i Rebeca AndradeFOT.ZUMA/NEWSPIX.PL / newspix.pl
Comaneci, jak się na nią patrzyło, rzeczywiście niemożliwe czyniła możliwym. Po dziś dzień – i akurat tego nie dowiedziałem się od jej rodaka – uważa się ją za nieśmiertelną olimpijską królową. Dla światowego sportu stała się kimś takim jak w futbolu Pele. Co ciekawe (byłem tym naprawdę zaskoczony!), szanuje ją również młode pokolenie. Zdaniem nastolatków ktoś taki w obecnej rzeczywistości znakomicie sprawdziłby się także w breakdancingu. Dla innego chłopaka Nadia na zawsze pozostanie z kolei "Mozartem gimnastyki".
Sam z powodu PESEL-u na żywo tych czarów nigdy nie miałem okazji konsumować. Cieszę się jednak, że w jej ojczyźnie przez chwilę przekonałem się, co potrafiła i jaką roztaczała aurę. Trochę sobie popatrzyłem, trochę sobie o tym podyskutowałem. Było to inspirujące, choć prywatnie nikomu nie życzyłbym przebytej przez Comaneci ścieżki. Zaprowadziła megadaleko, mistrzyni po latach ostry reżim treningowy uznała za niezbędny, jednak z perspektywy czysto ludzkiej trudno mi to wszystko zaakceptować. Z drugiej strony nie dziwię się, że ta wybitna sportsmenka w Rumunii stała się takim autorytetem jak dla nas Irena Szewińska. A właściwie, jak się ją prześwietli, chyba nawet kimś większym.