Maja Chwalińska walczy z depresją i finansowymi trudnościami. Ojciec zdradza kulisy
Korespondencja z Paryża
Gdy Maja Chwalińska rzucała na kolana faworytkę gospodarzy na głównym korcie Philippe'a Chatriera, jej ojciec z trybun obserwował spełnienie marzeń, w które nigdy nie zwątpił. Tomasz Chwaliński, w spotkaniu z polskimi korespondentami pracującymi przy Roland Garros, nie ukrywa, że ostatnie kilkanaście lat było pasmem nie tylko wzlotów, ale też potężnych wyrzeczeń i trudnych momentów. Żona, jak sam przyznaje, mecze córki przeżywa tak mocno, że czasami wręcz unika ich oglądania ze stresu. On zawsze wierzył, że ten dzień nadejdzie.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
"Bardzo ciężko mówić o depresji"
Droga Mai na szczyt została brutalnie przerwana przez kłopoty ze zdrowiem i zmagania z depresją. To temat niezwykle trudny, ale dziś, z perspektywy paryskiego sukcesu, dający nadzieję innym.
— Bardzo ciężko mówi się o depresji. Za miłe chwile teraz przeżywamy, ale to jest temat rzeka — przyznaje Tomasz Chwaliński. — Sami wiecie, że to choroba nieraz wręcz niezauważalna dla bliskich. Takie osoby próbują to maskować. My chcieliśmy być jak najbliżej, staraliśmy się wspierać. Maja już wtedy mieszkała w Bielsku-Białej, dużo rzeczy wymagało obecności przy niej. Ale nie mieliśmy nawet chwili zwątpienia, bo ona zawsze powtarzała, że kocha tenis i będzie to robiła. Miejmy nadzieję, że ten sukces pomoże wyjść na prostą wielu osobom zmagającym się z tym problemem.
Brutalna rzeczywistość polskiego tenisa
Wyprowadzenie na światowe korty talentu pokroju Chwalińskiej to wyzwanie ponad siły przeciętnej polskiej rodziny. Ojciec na własnej skórze doświadczył, jak bezlitosny jest to sport pod względem finansowym.
— Myślę, że kariery tenisowej w naszym kraju normalni ludzie ze średnimi zarobkami, od pewnego wieku dziecka, nie są w stanie sami pociągnąć — tłumaczy wprost Chwaliński. — Żaden rodzic, o ile nie jest wybitnie majętny, nie utrzyma tego bez pomocy klubu, bez sponsorów. Ja sam przeszedłem na emeryturę, żeby móc jeździć z córką, bo wtedy koszty są mniejsze. A sponsorzy? Oni nie ustawiają się w kolejce po juniorów. Trzeba pojechać na turnieje Tennis Europe, potem na ITF-y. To są tygodnie poza krajem. Trzeba szukać mecenasów.
Szczęśliwie, tenisowa przystań Mai znajduje się dziś w Bielsku-Białej. — Proszę przyjechać do klubu BKT i zobaczyć, jaka tam jest baza. Korty dywanowe, twarde. Można spokojnie trenować całą zimę, Maja ma to wszystko na miejscu — chwali klubowe zaplecze tata zawodniczki.
W cieniu Igi Świątek
Trudno nie odnieść kariery Mai do tego, co dzieje się na światowych kortach za sprawą jej rówieśniczki i przyjaciółki. Chwalińska i Iga Świątek grały razem w juniorskich turniejach, dotarły wspólnie do finału Australian Open. Gdy Iga odpaliła i zaczęła seryjnie wygrywać wielkie szlemy, Maja przechodziła żmudną rehabilitację. Jak to znosiła?
— Na pewno cieszyła się z Igą, że ona tak wyskoczyła. Nie ma co tu kryć, na pewno chciała jej dorównać. Głośno może o tym nie mówiła, ale z pewnością chciała dorównać przyjaciółce — wyjaśnia ojciec, który obserwował to od lat.
Ojciec Mai zapytany o to, w kogo zapatrzony był przed laty na korcie wskazał legendarnego Bjoerna Borga, więc doskonale rozumie i docenia unikalny styl córki. — Dzisiejszy tenis w dużej mierze polega na sile, potężnych szybkościach. Maja tych szybkości nie generuje, ale ma olbrzymią różnorodność. To się po prostu bardzo fajnie ogląda — mówi z uśmiechem.
A jaka jest 24-latka, gdy wraca do domu w Dąbrowie Górniczej?
— Najchętniej siedzi w domu! — śmieje się ojciec. Jak wyznaje, rzadko kiedy pozwala sobie na większe wyjścia, zadowalając się ewentualnie spacerem. A na domowym stole królują wtedy przygotowane przez tatę pierogi lub popisowe spaghetti aglio e olio na makaronie ryżowym.
Jeśli w weekend Chwalińska wygra turniej, być może dojdzie do szaleństwa. Zapytany o deklarację menedżera, który po ewentualnym wygranym finale obiecał wskoczyć do Sekwany, Tomasz Chwaliński odpowiada: — Będę mu kibicował! Żadnych deklaracji ze swojej strony składać nie będę, ale... pewnie byłbym gotowy na jakieś szaleństwo.